TIMOTHY RADCLIFFE OP 

Niedźwiedź i mniszka

 Znaczenie życia zakonnego dzisiaj.

 

 

Sens życia zakonnego odnajdziemy jedynie poprzez zrozumienie sensu życia ludzkiego. Tymczasem podstawowa opowieść, którą przedstawiamy, by powiedzieć, kim jesteśmy, już nie funkcjonuje. Mówi o postępie, a prowadzi do ubóstwa. Ofiarowuje wolność, a czujemy się bezsilni. Zaprasza, by stać się "ja" współczesnym, autonomicznym i samotnym, gdy nie potrafimy być ludźmi bez wspólnoty. Dlatego życie zakonne to próba zamienienia swojej opowieści w historię paschalną śmierci i zmartwychwstania. (Miesięcznik 'W drodze')

 

 Szukając opowieści 

Poproszono mnie o wypowiedź na temat znaczenia życia zakonnego dziś. Temat narzuca się z mocą, ponieważ niektórzy z nas pytają, czy w naszej epoce ma ono jeszcze jakiś sens. W Europie zachodniej jest o wiele mniej powołań niż kiedyś. We Francji niektóre zgromadzenia wymierają. Bycie zakonnikiem nie ma już statusu i szacunku, które miało. Wygląda na to, że nie odgrywamy w Kościele dawnej roli i że zagubiło się nasze znaczenie w społeczeństwie, w którym laikat zajmuje się sprawami należącymi kiedyś do zakonów. Z nowym dowartościowaniem świętości małżeństwa już nikt nie sądzi, że życie zakonne jest doskonalsze od innego. Stąd zrozumiałe, iż liczni są ci spośród nas, którzy pytają: "Jaki sens ma dzisiaj życie zakonne?". 

W takiej sytuacji byłoby naturalne poszukiwanie znaczenia życia zakonnego w tym, co jest nam szczególnie właściwe, co robimy tylko my. Mam wrażenie, że z tego powodu często mówimy z zapałem o aspekcie profetycznym naszego życia. To zapewnia nam pewną rolę i tożsamość. Życie zakonne ma wymiar profetyczny, ale nie stanowi to rozwiązania dla naszego kryzysu tożsamości. Wolałbym raczej zainteresować się kryzysem społeczeństw zachodnich, zagubieniem przez nich sensu życia. Myślę, że życie konsekrowane ma dziś większe znaczenie niż dawniej, właśnie z powodu kryzysu przeżywanego przez naszych współczesnych. Nasze życie winno być odpowiedzią na pytanie: "Czy życie ludzkie ma jeszcze jakiś sens?". 

I może zawsze na tym polegało świadectwo życia zakonnego? Jak odpowiedzieć na kwestię tak obszerną: współczesny kryzys sensu życia? Pewnie należałoby przeczytać liczne książki na temat modernizmu i postmodernizmu. Nie czytałem i nie przeczytam ich, brak mi na to czasu. Ale spróbuję podejść do zagadnienia w sposób prostszy, przedstawię dwa kontrastowe obrazy. 

Każda kultura potrzebuje opowieści, w które wciela własne zrozumienie tego, co znaczy być człowiekiem i na czym polega wzorzec życia. Potrzebujemy opowieści, które mówią nam, kim jesteśmy i dokąd idziemy. Kiedy społeczeństwo przeżywa utratę sensu, znaczy to, że owe opowieści już nie odpowiadają jego doświadczeniu. W chwilach głębokich przełomów społeczeństwo potrzebuje nowego typu opowieści wyjaśniających sens życia. 

Spróbuję pokazać, że fundamentalny zanik sensu w naszym społeczeństwie ma swe źródła w fakcie, iż od wielu wieków kultura europejska opiera się na opowieściach bez znaczenia: o postępie, o przetrwaniu osobników zdolnych do adaptacji, o triumfie najsilniejszych. Ich bohaterem jest "ja" współczesne. Jest ono (jest ono, oczywiście, mężczyzną) samo i wolne. Odnajdziemy go w każdej naszej powieści, w każdym filmie, filozofii, ekonomii i polityce. Czujemy się zagubieni dlatego, że obecne historie nie nadają już znaczenia naszemu doświadczeniu, nie liczą się z naszym przeżywaniem czasu, z sensem wydarzeń i ze znaczeniem jednostki. Ich symbolem może być afisz, przedstawiający niedźwiedzia, jaki widziałem na ulicach Rzymu. 

My, zakonnicy, winniśmy wcielać inny rodzaj życia. Jesteśmy społecznością spragnioną nowej opowieści, która wyjaśniłaby znaczenie naszej tożsamości. Ludzie powinni odczytać z naszego życia zaproszenie do bycia człowiekiem na nowy sposób. Symbolem tej historii będzie mniszka śpiewająca w ciemnościach u stóp paschalnej świecy. 

Pragnę pokazać dwa kontrastowe obrazy, dwie historie: niedźwiedzia i mniszki. Zatrzymam się nad trzema elementami każdej opowieści: intrygą rozwijającą się w czasie, wydarzeniami posuwającymi akcję oraz postaciami. 

 

Intryga i czas 

Zacznę od mego niedźwiedzia. Rok temu Rzym oblepiony był afiszami przedstawiającymi ogromnego, rozgniewanego niedźwiedzia. Podpis głosił: "La forza del prezzo giusto" - "Siła sprawiedliwej ceny". Stojąc na przystanku autobusowym, miałem dość czasu na kontemplację tego obrazu. Doskonale wyraża nasze czasy. 

Przede wszystkim niedźwiedź sugeruje, że nieustanny postęp stanowi fundamentalny wątek historii. Darwin byłby z niego dumny - zwyciężył w procesie ewolucji. Dzieje ludzkości to marsz naprzód. Niedźwiedź jest również symbolem światowej ekonomii, wolnego rynku, to przecież ekonomia posuwa historię. La forza del prezzo giusto. Historia to nic innego jak opowieść o nieuchronnym postępie dzięki uwolnieniu rynku. Triumfuje najlepszy system ekonomiczny, zwycięzcą jest niedźwiedź. 

Kiedy byłem dzieckiem, można było jeszcze wierzyć, że ludzie mają przed sobą promienną przyszłość. Teraz widzimy cienie. Urodziłem się tydzień przed zakończeniem wojny, która pochłonęła 50 milionów ofiar. Powoli świat się dowiedział o holokauście i 6 milionach Żydów pomordowanych w obozach koncentracyjnych. Rosłem w obawie przed bombą atomową. Przypominam sobie moją mamę gromadzącą w piwnicy puszki konserw. A jednak można jeszcze było myśleć, że ludzkość idzie naprzód. Każdego roku jakaś dawna kolonia uzyskiwała niepodległość, medycyna dała sobie radę z gruźlicą i malarią. Oczekiwano definitywnego rozprawienia się z biedą. Także samoloty i auta każdego roku jeździły szybciej. Wszystko się ulepszało. 

Dzisiaj już nie jesteśmy tego pewni. Przepaść pomiędzy bogatymi i ubogimi rośnie. Malaria i gruźlica powróciły, za rok będzie już 40 milionów osób dotkniętych przez AIDS. W samej Europie liczba bezrobotnych dosięga 20 milionów. Marzenia o sprawiedliwym świecie bardzo przybladły. Dokąd świat zmierza? 

Czy nasza historia ma jakiś sens, jakiś kierunek? A może chodzimy wkoło, błądzimy na pustyni, nie zbliżając się w ogóle do ziemi obiecanej? 

W sercu współczesności tkwi sprzeczność, dlatego opowieść o niej nie jest już możliwa. Z jednej strony niedźwiedź jest rzeczywiście nie do pokonania. Naokoło triumfuje rynek światowy. Komunizm upadł w Europie wschodniej, nawet w Chinach zaczyna pękać. Ale z drugiej strony historia nie prowadzi nas do Królestwa. Widzimy wzrastającą nędzę i wojny. Nawet azjatyckie tygrysy są chore. Niepokonany niedźwiedź gotów jest nas rozszarpać. Stąd narracja naszych czasów to sprzeczność nie do uniesienia. Nie potrafimy się już odnaleźć. 

Ale nie potrafimy też żyć bez opowieści. Potrzebujemy historii, które zapełniłyby powstałą próżnię. Będą to może opowieści dotyczące końca świata na progu nowego tysiąclecia, jakieś historie pozaziemskie, telewizyjne "opery mydlane"? Utraciwszy wiarę w mit postępu uciekamy w fikcję. 

Na ile życie zakonne może zaproponować inny wątek, jakąś kontropowieść? 

Tego roku obchodziłem Wielkanoc w kontemplacyjnym klasztorze dominikanek w Wenezueli, położonym na stoku pagórka. Kościół był pełen młodych ludzi. Zapaliliśmy świecę paschalną i umieściliśmy na świeczniku. I u stóp tego paschału młoda mniszka, akompaniując sobie na gitarze, zaśpiewała w ciemnościach pieśń miłości na cześć zrodzonego światła. Śpiew miał w sobie całą gwałtowność Andaluzji. Przyznaję, że byłem całkowicie poruszony tym obrazem. Sugerował on, że znamy inną opowieść. Tak wygląda nasza historia daleka od obrazu rozgniewanego niedźwiedzia, który pożera swoich rywali. 

To nie niedźwiedź wyraża podstawową intrygę dziejów ludzkości. Na zewnątrz, w ogrodzie, celebrans wyrył na świecy znaki, mówiąc: "Chrystus wczoraj i dziś. Początek i Koniec. Alfa i Omega. Jego jest czas i wieki. Jego jest chwała i potęga na wieki wieków. Amen". 

Życie zakonne jest żywym Amen wobec tej perspektywy. To właśnie w przestrzeni historii, pomiędzy Alfą i Omegą, pomiędzy Stworzeniem i Królestwem, każdy winien odnaleźć swój sens. Jesteśmy tymi, którzy żyją dla Królestwa. 

Powołanie, które najbardziej radykalnie rzuca światło na taką przyszłość, to powołanie kontemplacyjne mnichów i mniszek. Gdyby nie znaleźli się na drodze wiodącej do Królestwa, ich życie nie miałoby żadnego sensu. Kardynał Hume, który jest najbardziej szanowanym chrześcijaninem w Anglii, jest nim po części i dlatego, że jest mnichem. Kiedyś napisał: "My sądzimy, że mamy jakąś specjalną misję czy funkcję w Kościele. Nie jesteśmy przeznaczeni do zmienienia biegu historii. Po prostu jesteśmy, gdzie jesteśmy, nawet przypadkiem z ludzkiego punktu widzenia, to wszystko. I na szczęście, nie przestajemy tam być". 

Mnisi są, to wszystko, a znaczenie ich życia polega na głoszeniu kresu czasów jako spotkania z Bogiem. Przypominają ludzi czekających na przystanku autobusowym. Znajdują się tam tylko dlatego, iż są pewni, że autobus nadejdzie. Nie ma żadnej innej przyczyny: dzieci, kariery, realizacji siebie, awansu, pożytków. Właśnie z powodu braku sensu ich życie odsłania pełnię sensu, który wymyka się wszelkiej definicji. Tak jak pusty grób głosi Zmartwychwstanie, a migotanie gwiazdy na orbicie - niewidzialną planetę. 

Życie zakonne na Zachodzie powstało w momencie kryzysu. Kiedy Cesarstwo Rzymskie powoli umierało pod naporem najazdów barbarzyńców, Benedykt udał się do Subiaco i założył wspólnotę mnichów. Kiedy wydawało się, że historia zagubiła kierunek, zaczął z grupą ludzi życie, którego sens polegał na wskazaniu celu ostatecznego - Królestwa. 

Większość ludzi wybiera model życia, który pozwala odsunąć na dalszy plan zasadnicze pytanie o sens. Człowiek może mieć swoje własne cele: zakochać się, ożenić, mieć dzieci, wnuki. Ktoś inny znajdzie cel w robieniu kariery czy fortuny, zdobywaniu sławy. Można opowiedzieć wiele historii ukazujących tymczasowy model i sens naszego życia na ziemi. I to jest słuszne i dobre. Ale nasze śluby na to nie pozwalają. Ani małżeństwo, ani kariera nie mogą stanowić o formie naszego życia. Pozostajemy nadzy w obliczu pytania: "Jaki jest sens ludzkiego życia?". 

Nie wystarczy jednak usiąść i oczekiwać nadejścia Królestwa. Najmłodsi bracia nie zawsze zgadzają się ze mną, lecz codziennie trzeba wstać i coś zrobić. Nawet mnisi i mniszki są do tego powołani. Przypominam sobie, jak kiedyś zapytałem jednego szczególnie leniwego brata, co robi. Odpowiedział mi, że jest "znakiem eschatologicznym", czeka na przyjście Królestwa. Jak oceniamy dziś nasze działanie? Większość z nas spędza dni na pożytecznych zajęciach: uczymy, pracujemy w szpitalach, pomagamy w parafiach, zajmujemy się zapomnianymi. Czy nasze życie codzienne mówi o historii ludzkości? 

Wróćmy do owej młodej mniszki. W sercu nocy śpiewa swą gwałtowną pieśń. W nocy wielbi Boga. Nawet w ciemności, pomiędzy początkiem i końcem, można spotkać Boga i Go wychwalać. Teraz nadeszła godzina. Czekając na swoją śmierć, Jezus powiedział do uczniów: "Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat" (J 16,33). Teraz nadeszła godzina zwycięstwa i chwalby. 

To prowadzi do nowego przeżywania czasu. Już nie nieuchronna historia dążenia do bogactwa i sukcesu nadaje mu kształt. Ukryta forma naszego życia to wzrastanie w przyjaźni z Bogiem, kiedy spotykamy Go w drodze i mówimy Amen. Już nie sam kres historii nadaje sens. Model mego życia to spotkanie z Bogiem i moja odpowiedź na Jego zaproszenie. To sprawia, że moje życie nie jest tylko suitą wydarzeń, lecz przeznaczeniem. "Przeznaczenie to wezwanie i zaproszenie Boga miłości, na które odpowiadamy twórczym i miłosnym przyzwoleniem" - stwierdził Cornelius Ernest OP. Nawet w ciemnościach, w rozpaczy, kiedy wszystko pozbawione jest sensu, możemy spotkać Boga. Jak napisał jeden filozof żydowski: "Każda chwila może stać się maleńką furtką, przez którą wejdzie Mesjasz". Historia naszego życia to historia spotkania z Bogiem, który zjawia się w ciemnościach jak zakochany. I to właśnie celebrujemy, wyśpiewując Jego chwałę. 

Najbardziej wzruszające chwile jakie przeżyłem podczas tych ostatnich sześciu lat to momenty, kiedy mogłem razem z braćmi i siostrami wielbić Boga w okolicznościach niezwykle trudnych. W klasztorze w Burundi, po podróży poprzez kraj rozdarty przemocą na tle etnicznym; w Iraku, w oczekiwaniu na bomby; w Algerii, razem z bratem Pierrem Cleverie przed jego zamordowaniem. Istotą życia zakonnego jest wychwalanie Boga, nawet w ciemnościach. Śpiewamy psalmy, księgę pochwał. Dzień naznaczony godzinami officium divinum, liturgią psalmów, a nie wskazówkami zegara. "Wielbię Cię siedemkroć każdego dnia". Przynajmniej dwa razy, jeśli chodzi o większość z nas.

 Regularny rytm chwalby to coś więcej niż prosty optymizm głoszący, że wszystko dobrze pójdzie. My głosimy, że od teraz, na pustyni, Bóg życia przychodzi do nas i nadaje naszemu życiu formę. W tym znaczeniu życie zakonne winno być naprawdę profetyczne, bowiem prorok to ten, który widzi, że przyszłość wkracza w teraźniejszość. Jak mówi Habakuk: "Drzewo figowe wprawdzie nie rozwija pąków, nie dają plonu winnice, zawiódł owoc oliwek, a pola nie dają żywności. (...) Ja mimo to w Panu będę się radować, weselić się będę w Bogu, moim Zbawicielu" (3,17-18). 

Spotkałem ostatnio naszych promotorów Justicia et Pax w Ameryce Łacińskiej. To nowe pokolenie, nie po pięćdziesiątce, jak ja. Młodzi mężczyźni i młode kobiety żyjący jednym marzeniem. Oczekiwałem objawów zniechęcenia w obliczu pogarszającej się sytuacji ekonomicznej, wzrastania przemocy i dezintegracji socjalnej na ich kontynencie. Nic podobnego!!! Twierdzą oni, że właśnie teraz, kiedy wszelkie utopie przepadły, kiedy Królestwo wydaje się bardziej odległe niż kiedykolwiek, my, zakonnicy, możemy spełnić swą rolę. Nikt inny nie mógłby dziś tak marzyć. Walczyć o bardziej sprawiedliwy świat, kiedy ma się wrażenie, że nie może już być mowy o żadnym postępie, znaczy, iż jest się osobą głębokiej modlitwy. Jak napisał nasz brat z Brazylii, Frei Betto, dziś trzeba być mistykiem, by wierzyć w sprawiedliwość i pokój. 

 

Działanie 

Istnieje drugi kontrast pomiędzy historią niedźwiedzia i mniszki, który chciałbym podkreślić. Chodzi o to, w jaki sposób sprawy się dokonują. Co jest motorem dziejów? Co posuwa opowieść? Trzeba spojrzeć równocześnie na wątek i fakty. 

Widzieliśmy już, że niedźwiedź reprezentuje zawody, w których chodzi o pozostanie na placu. Historię ożywia konkurencja eliminująca słabych. Tak wygląda podstawowa zasada współczesności. Napędem, który ją rozwija, jest współzawodnictwo usuwające anormalnych, zrozpaczonych, niezdolnych do życia. 

Lecz jeszcze raz mamy do czynienia ze sprzecznością. Niedźwiedź symbolizuje wolność, znajdującą się w sercu obecnych czasów: wolność konkurencji na wolnym rynku, gdzie każdy ma prawo do swobodnego wyboru. Tymczasem widzimy, że jest ona w pewnej mierze iluzoryczna. Znaleźliśmy się w trybach generalnej transformacji świata, wobec której pozostajemy bezsilni. Nikt nie jest w stanie jej zatrzymać, chociaż niszczy wspólnoty i pożera planetę. W ten sposób dochodzimy do podwójnej sprzeczności: ofiarowuje się nam postęp, a my znajdujemy biedę; ofiarowuje się nam wolność, a my pozostajemy bezsilni. Jaką inną opowieść może wcielać życie zakonne? 

Spójrzmy na nowo na tę młodą mniszkę wyśpiewującą w ciemnościach swoją pieśń miłości. Prezentuje ona opowieść, która mówi o człowieku powalonym na ziemię przez mocnych, a żyjącym na wieki. Olbrzymie niedźwiedzie Rzymu i Jerozolimy pożerają małego człowieka Galilei. W historii tej nie wielbimy najwyższej mocy Boga - największego niedźwiedzia, lecz Jego absolutną moc twórczą w Jezusowym powstaniu z martwych. 

Model przemiany naszej ery to przetrwanie najsilniejszego. Ewolucja, biologiczna czy ekonomiczna, przynosi zmiany kosztem współzawodnictwa o przeżycie. Tymczasem historia naszej mniszki proponuje niewyobrażalny dar nowego życia. Wychwalamy Boga, który powiedział: "Oto czynię wszystko nowe". My, zakonnicy, jesteśmy wezwani do tego, by być znakiem niewypowiedzianej nowości Boga, Jego niewyobrażalnej mocy tworzenia. 

Zakonnik jako świadectwo tej dziwnej historii Boga śmierci i zmartwychwstania? Zajaśniał on w sposób oczywisty w postawie zakonników, którzy nie opuścili miejsc zagrożonych przemocą i śmiercią, zaufawszy Zmartwychwstałemu. Wszędzie, gdzie sroży się gwałt, w Rwandzie, w Burundii, w Kongo, można znaleźć zakonników i zakonnice, których obecność jest znakiem opowieści śpiewanej przez naszą mniszkę. Przeor trapistów zamordowanych w Algerii, Christian de Chergé, pisał w swoim testamencie duchowym na krótko przed śmiercią: "Moje życie należy do wszystkich i do tego kraju... całkowicie moje i całkowicie ich... dziękuję Bogu, który, wydaje się, chce je zabrać w zupełności..." 

Przygotowanie do złożenia takiego świadectwa może dać wspólnota zakonna, jeśli jest miejscem, które uczy, jak umierać i zmartwychwstawać, miejscem transformacji. Nie jesteśmy więźniami przeszłości. Możemy wzrastać w świętości. Możemy umrzeć i zacząć od nowa. 

Ale do tego nie dojdzie, jeśli nie staniemy twarzą w twarz z problemem umierania naszych instytucji. W Europie zachodniej liczne zgromadzenia, wspólnoty, klasztory i prowincje winny stanąć naprzeciwko śmierci. Istnieją różne strategie mające obronić przed tą możliwością. Kiedy posyłamy nasze siostry i naszych braci na Filipiny czy do Brazylii, jest to wyrazem nowego zrywu apostolskiego czy też nadziei na nowe powołania? Jeśli nie potrafimy stawić czoła perspektywie śmierci, co mamy do powiedzenia Panu życia? Kiedy odwiedziłem jeden z klasztorów dominikanek w Anglii, wyraźnie dobiegający swych dni, któraś z zakonnic powiedziała: "Ojcze, chyba Bóg nie pragnie śmierci tego klasztoru?". Na to mój towarzysz odpowiedział: "A czy nie pozwolił umrzeć własnemu Synowi?". 

Jednym ze sposobów przeżywania tej niewyobrażalnej historii śmierci i zmartwychwstania jest bez wątpienia danie światu życia w miejscu nieoczekiwanym. Winniśmy być tymi, którzy idą doliną śmierci i pokazują, że wierzą w Boga wskrzeszającego umarłych. Innym sposobem, bardziej tradycyjnym, dzięki któremu zakonnicy zawsze byli znakiem Boga, Wiekuistego Stwórcy, jest piękno. Liturgia, śpiew uwielbienia mówiącego o Bogu, który czyni wszystko nowe, niosą piękno, od którego zaczęliśmy, mówiąc o mniszce śpiewającej przed świecą swój hymn miłości.

 

 Postać

 Wreszcie - nie ma opowieści bez osób, każda historia ma swego bohatera. Współczesne "ja" najlepiej przedstawia nasz niedźwiedź, rozzłoszczony i samotny. Lecz to dzisiejsze "ja" przeżywa kryzys. 

Istota ludzka dziś to "ja" odseparowane i autonomiczne, oderwane i wolne, a ostatecznie - samotne. Jest to owoc ewolucji trwającej od wieków: rozluźniania więzów społecznych i dążenia do prywatności, uznanej za ideał. Nasz bohater jest taki od epoki Kartezjusza. Spotykamy go w każdym amerykańskim westernie - jest sam. 

Współczesny kryzys ma swe źródło także w sprzeczności, jaką odkrywamy w owym "ja". Nie ma bowiem "ja" całkowicie samego, nie można egzystować jako autonomiczny, pojedynczy atom, nie można istnieć bez wspólnoty, bez ludzi, z którymi się rozmawia. Sprzeczność ta tkwi w samym sercu teraźniejszości: widzimy siebie jako z samej swej istoty samotnych, gdy tymczasem nikt nie może być jednostką bez społeczności. Nie ma sposobu być przez dłuższy czas współczesnym "ja". Niedźwiedź z afisza prezentuje ideał niemożliwy do zrealizowania. Zostając sam - umarłby. Powróćmy po raz ostatni do naszej mniszki śpiewającej przed paschałem. Nie jest sama. Kościół wypełnia - ledwo widoczny w blasku świecy - tłum młodych. Wigilia paschalna to zgromadzenie Ludu Bożego. Podczas tej nocy rodzi się wspólnota. Gromadzimy się, by odnowić nasze przyrzeczenia chrzcielne i powtórzyć nasze Credo. To zupełnie inna wizja tego, co to znaczy być osobą.

 "Jaki sens ma dzisiaj życie ludzkie?" Jedną z prób dania odpowiedzi na to pytanie w życiu zakonnym jest życie w komunii. Odnaleźć swą tożsamość we wspólnocie jako brat, jako siostra, to znaczy żyć innym obrazem "ja", znać inny sposób bycia człowiekiem. "Ja", które jest żywym kontrastem w stosunku do bohatera współczesności. Wystarczy żyć razem jako bracia, jako siostry, "mieć jedno serce i jedną duszę", by bez jednego słowa powiedzieć najwspanialsze kazanie. Wydaje się, że młodych najbardziej pociąga do życia zakonnego właśnie wspólnota. Według posynodalnej adhortacji apostolskiej na temat życia zakonnego jesteśmy w całym Kościele znakiem komunii, świadectwem życia Trójcy Świętej. 

Wspólnota pociąga młodych do życia zakonnego, ale jest także źródłem trudności i przyczyną wystąpień. Dążymy do komunii, lecz realizujemy ją w cierpieniu. Kiedy pytam młodych dominikanów, co uważają za najlepsze i za najgorsze w życiu zakonnym, otrzymuję tę samą odpowiedź na oba pytania: życie wspólne. Dzieje się tak dlatego, że jesteśmy dziećmi naszej epoki, nosimy w sobie "ja" współczesne. Nie jesteśmy wilkami w owczej skórze, lecz niedźwiedziami w skórze mnicha. 

Można by powiedzieć, że życie zakonne to zwierciadło kryzysu dzisiejszego "ja". Jednostka wzdycha do autonomii, wolności, oderwania, które są nie do osiągnięcia, ponieważ człowiek nie może pozostać całkowicie sam. Potrzebujemy wspólnoty, by być z ludźmi, cokolwiek o tym myślimy. Zakonnicy żyją w zasięgu tego dramatu. Wstępując, pragniemy wspólnoty, ale jesteśmy naznaczeni indywidualizmem, boimy się zaangażowania, pragniemy niezależności. Pochodzimy z rodzin trzy-, czteroosobowych, jak tu żyć w tłumie! Współczesna jednostka i zakonnik to dwa aspekty tych samych napięć. Jednostka marzy o nieziszczalnej autonomii, a my pragniemy wspólnoty, która jest ciężka do zniesienia. 

Niedźwiedź nie stanie się mnichem po roku nowicjatu. Trzeba długotrwałej formacji, by stał się człowiekiem, nauczył się mówić i słuchać, wyzwolił się z więzów egocentryzmu i egoizmu, które czynią zeń centrum świata. Trzeba powolnego odrodzenia się dzięki modlitwie i nawrócenia, które uwalnia od fałszywych obrazów Boga i innych. 

To jest naszym udziałem i tak intensywnie przeżywamy, ogołoceni, dramat współczesnego Kościoła. Nigdy dawniej Kościół nie przedstawiał się z takim naciskiem jako wspólnota. Koinonia stanowi dziś serce każdej eklezjologii. A jednak, nigdy dawniej, przynajmniej w Europie zachodniej, Kościół nie ofiarowywał tak mało prawdziwej komunii. Mówimy o niej, ale rzadko nią żyjemy. Język i rzeczywistość nie idą w parze. Jednym z naszych wysiłków, by oblec w ciało marzenie o komunii, jest z całą pewnością odważna próba budowania wspólnot w miejscach nieprawdopodobnych, które wszyscy inni opuścili. Często w ostatnich latach spotykałem małe wspólnoty zakonne, głównie żeńskie, pośród ludzi zdruzgotanych i zrozpaczonych z powodu przemocy i nędzy. Kilka zakonnic, które zamieszkały w domu o otwartych stale drzwiach. 

Jeden obraz podsumuje te wszystkie wspomnienia. Za ołtarzem którejś z kaplic brazylijskich widziałem fresk namalowany przez dzieci owej dzielnicy. Przedstawia Ostatnią Wieczerzę. Umiłowany uczeń, spoczywający na piersi Mistrza, to mały ulicznik. Symbol dziecka, które nareszcie znalazło swoją przynależność w tym świecie przemocy, obietnicę rodzinnego gniazda. 

 

Zakończenie

 Na początku podkreśliłem, że sens życia zakonnego odnajdziemy jedynie poprzez zrozumienie sensu życia ludzkiego. Zasugerowałem, że w zrozumieniu aktualnego kryzysu sensu zachodniego społeczeństwa pomoże stwierdzenie: podstawowa opowieść, którą przedstawiamy, by powiedzieć, kim jesteśmy, już nie funkcjonuje. Symbolem tego jest nasz niedźwiedź, historia pełna sprzeczności. Mówi o postępie, a prowadzi do ubóstwa. Ofiarowuje wolność, a czujemy się bezsilni. Zaprasza, by stać się "ja" współczesnym, autonomicznym i samotnym, gdy nie potrafimy być ludźmi bez wspólnoty. 

Stąd życie zakonne może dać odpowiedź na poszukiwanie sensu jedynie poprzez inną opowieść, odmienną wizję tego, co znaczy być człowiekiem. Przez symbol mniszki śpiewającej w nocy u stóp świecy. Ta historia ofiarowuje inne znaczenie czasu. To już nie jest nieunikniony marsz na drodze postępu, lecz droga wiodąca do spotkania z Panem, który nas woła. Duszą tej przypowieści nie jest wolne współzawodnictwo, lecz niewyobrażalna moc stwórcza Boga, który wskrzesza umarłych. A jej bohater to nie współczesny samotnik, lecz brat i siostra należący do wspólnoty i budujący ją dla bliźnich. 

Życie zakonne to próba zamienienia swojej opowieści w historię paschalną śmierci i zmartwychwstania. Śluby nie zmieniają sensu naszego życia, lecz głoszą publicznie, że odrzucamy historię niedźwiedzia. Posłuszeństwo to przykład na odrzucenie obrazu "ja" autonomicznego, samotnego i niezaangażowanego. To deklaracja, że pragniemy żyć we wspólnocie braci. To zgoda na uwalnianie się od nieznośnego ciężaru "ja" współczesnego. Poprzez posłuszeństwo odrzucamy także obraz życia pojętego jako walka o potęgę. Poprzez ubóstwo publicznie rezygnujemy z ubiegania się o sukces i z machinacji społeczeństwa konsumpcyjnego. Poprzez czystość wyznajemy, że najwyższą płodnością, jaka może być naszym udziałem, jest płodność Boga Stworzyciela, który wskrzesza z martwych. 

Śluby ogołacają i eksponują. Wywracają każdą inną historię, która mogłaby dać naszemu życiu jakieś tymczasowe znaczenie i pozwoliła jeszcze jeden dzień tak przebyć. Przyrzekamy zrezygnować z kariery, finansowych osiągnięć, wszelakich posunięć, które któregoś dnia mogłyby zasugerować, że jednak niedźwiedź ma rację. Jeśli ta paschalna opowieść nie jest prawdziwa, wtedy nasze życie nie ma żadnego sensu i "jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni pożałowania" (1 Kor 15,19). 

Nie jest to łatwe. Jesteśmy dziećmi naszej epoki i zostaliśmy ukształtowani przez jej historię, dzielimy jej marzenia. Wiem, że bardziej przypominam niedźwiedzia niż mniszkę. Moje mimowolne odpowiedzi są częściej odpowiedziami "ja" samotnego niż brata. Wiem, że z trudem zaczął się we mnie proces odrodzenia. Moja wyobraźnia nie całkiem jest odnowiona. Kiedy stoję na przystanku w Rzymie i patrzę na afisze, widzę siebie. 

Wynikają stąd dwie konkluzje. Przede wszystkim mogę przynajmniej uczestniczyć razem z moimi współczesnymi w walce o pozbycie się maski niedźwiedzia i przypominania bardziej człowieka. Gdybym w tej walce nie brał udziału, nie miałbym żadnej odpowiedzi na pytanie: "Jaki sens ma dzisiaj życie ludzkie?". Zakonnik nie jest istotą niebieską, wolną od wpływu swoich czasów, lecz osobą, która dzięki ślubom stanęła do nieuniknionej walki o odrodzenie. Dzielimy razem z innymi udręki tego zmagania. Jeśli w tej walce jesteśmy uczciwi, może ci inni podzielą naszą nadzieję. 

Ponieważ rzecz jest trudna, winniśmy rzeczywiście poświęcić się budowaniu wspólnoty, w której nowe życie paschalne byłoby możliwe. Wspólnota zakonna winna być czymś więcej niż tylko miejscem, gdzie spożywa się posiłki, odmawia jakieś modlitwy i wraca wieczorem na spoczynek. Jest to miejsce śmierci i zmartwychwstania, gdzie pomagamy sobie wzajemnie odrodzić się. Zaczynam skłaniać się do idei życia zakonnego jako ekosystemu. Rozumiem przez to miejsce, w którym mogą się rozwijać dziwne formy życia. Każda nowa forma potrzebuje swego ekosystemu. Dotyczy to szczególnie młodych, którzy często wstępują do klasztoru po niedawnym odnalezieniu Boga. Rzadki gatunek żaby potrzebuje nieodzownie: stawu, cienia, różnych roślin, dużo błota i innych żab. Być zakonnikiem to znaczy wybrać dziwną formę życia, i każdy z nas będzie potrzebował właściwego mu otoczenia: modlitwy, milczenia, wspólnoty. Bez tego się nie rozwiniemy. Stąd dobry przełożony to ekolog, który pomaga braciom zbudować potrzebne im środowisko. Lecz ekosystemy to nie małe więzienia, w których wszystko odcina nas od współczesności. Ekosystem pozwala każdej formie życia rozwinąć się i reagować w sposób twórczy na inne jego formy. 

Potrzeba nam ekosystemów, które podtrzymywałyby w nas sens czasu paschalnego, rytm roku liturgicznego od adwentu po czas zielonoświąteczny. Potrzeba wspólnot znaczonych tymi rytmami, celebracjami i postem. Potrzeba wspólnot, które nie zadowolą się recytacją kilku psalmów przed udaniem się do pracy, lecz podtrzymają w nas śpiew rozbrzmiewający chwalbą nawet na pustyni. Potrzeba wspólnot - miejsc dla dzielenia się wiarą i rozpaczą, dla wzajemnej pomocy w drodze przez pustynię i dla nowych narodzin braci i sióstr, dzieci Boga żywego. 

Mniszka śpiewa w ciemnościach... Takie jest powołanie chrześcijańskie. Św. Augustyn napisał: "Śpiewajcie pieśń nową. Nie pozwólcie, by ktokolwiek powtarzał stare refreny. Śpiewajcie pieśni miłosne waszego kraju (...). Tak jak śpiewają podróżni, a często śpiewają w nocy. Wszystkie rozlegające się wokoło hałasy są przerażające. Lecz oni śpiewają nawet wtedy, gdy boją się bandytów". Albo niedźwiedzi!

                      


 

TIMOTHY RADCLIFFE - ur. w 1945 roku w Londynie. Dominikanin. W 1971 roku przyjął święcenia kapłańskie, studiował w Oxfordzie i Paryżu, wieloletni profesor Nowego Testamentu na Uniwersytecie Londyńskim. W latach 1993-2002 był przełożonym  generalnym dominikanów. Konferencja została wygłoszona 13 października 1998 roku podczas spotkania wyższych przełożonych zakonnych Francji.

Tekst za "Documentation Catholique" nr 2199, 7 III 1999.  Tłum. Alina Merdas rscj   

 

  klasycy