.

Męczeństwo Perpetuy i Felicyty

Kartagina 203 r.

 michail2.jpg (33712 bytes)

 


Wprowadzenie

1. Jeżeli dawne przykłady wiary, świadczące o łasce Bożej i budujące człowieka, zostały utrwalone w piśmie po to, aby czytelnik przez ich lekturę, niejako je sobie przedstawiał i tym samym wielbił Boga i pokrzepiał się wewnętrznie, to dlaczegóż by nie spisać nowych świadectw, które spełniają dokładnie obydwa te zadania? A jeżeli ktoś żyjący współcześnie pomniejsza ich znaczenie ze względu na swoje przesadne uwielbienie dla starożytności, to przecież i te obecne wydarzenia staną się kiedyś minionymi i koniecznymi dla potomności. A także ci, którzy uważają, że jest tylko jeden dar prorokowania zesłany przez jednego tylko Ducha Świętego dla wszystkich czasów i pokoleń, niechaj zrozumieją, że te ostatnie wydarzenia powinny być traktowane jako posiadające większą wagę, jako że będąc późniejszymi w czasie, świadczą o wyjątkowej łasce, zesłanej dla czasów najnowszych. Bowiem „w ostatnich dniach — mówi Pan — wyleję Ducha mojego na wszelkie ciało, i będą prorokowali ich synowie i córki; i na niewolników, i niewolnice moje wyleję Ducha mego; a młodzi ludzie będą mieli widzenia, a starzy sny śnić będą".

Tak więc i my, zgodnie z otrzymaną obietnicą, uznajemy i wielce poważamy zarówno nowe proroctwa, jak i nowe wizje. I wszystkie inne łaski Ducha Świętego traktujemy jako narzędzie zamierzone dla dobra Kościoła, bo przecież został On mu zesłany, aby rozdzielać wszystkie dary na wszystkich, jak Bóg każdemu wyznaczył 2).

Z tego też powodu uważamy za konieczne spisać je i tym samym rozsławić je dla chwały Bożej, aby ludzie chwiejnej wiary, a także ci, którzy jej nie mają wcale, nie sądzili, że tylko w dawnych czasach Bóg obdarzał ludzi swą łaską zsyłając im czy to męczeństwo, czy to objawienia. Bóg bowiem zawsze dotrzymuje swoich obietnic, aby przekonać niewierzących, a nagrodzić wiernych.

A więc, bracia i synowie, „oznajmiamy wam to, cośmy usłyszeli i czego dotykały nasze ręce" 3). Pragniemy aby ci spośród was, którzy w tym uczestniczyli, raz jeszcze uświadomili sobie chwałę Bożą, zaś ci, którzy teraz o tym dopiero usłyszeli, mogli mieć współuczestnictwo 4) ze świętymi męczennikami, a przez nich z naszym Panem Jezusem Chrystusem. Jemu niech będzie chwała i cześć na wieki wieków. Amen.

 

 

Dni poprzedzające męczeństwo

2.  Aresztowano młodych katechumenów i dwoje niewolników: Rewokata i Felicytę, Saturnina i Sekundulusa. Wśród nich była też Wibia Perpetua, wywodząca się ze znakomitego domu, starannie wychowana i wydana za mąż stosownie do swego stanu. Miała ona żyjących jeszcze rodziców, dwóch     braci, z których jeden, tak jak i ona, był katechumenem oraz niemowlę przy piersi. Lat miała około 22. Odtąd ona sama będzie opowiadała jak wyglądało jej   męczeństwo; spisała je własnoręcznie tak jak je znosiła.

 

3.  Podczas gdy przebywaliśmy jeszcze z naszymi strażnikami 5), ojciec    bardzo pragnął odwieść mnie od wiary i, powodowany miłością do mnie, nie ustawał w próbach zawrócenia mnie z obranej drogi. Wtedy to powiedzałam:   „Ojcze, czy widzisz na przykład stojące tam oto naczynie, dzbanuszek, czy coś innego?"  „Widzę" — odrzekł ojciec.  „A czy możesz je nazwać inaczej niż tym, czym jest ono rzeczywiście?" „Nie, nie mogę" — odpowiedział.  „Tak  samo i ja nie mogę nazwać siebie inaczej, jak tylko tym, kim jestem faktycznie, a więc — chrześcijanką". Na dźwięk tego słowa ojciec mój zatrząsł się i rzucił się na mnie, jakby mi chciał oczy wydrzeć. Ale pobił mnie tylko dotkliwie i odszedł pokonany razem ze swymi diabelskimi argumentami. Po tym wydarzeniu nie pokazywał się u mnie przez kilka dni. Dziękowałam za to Panu, bo dzięki nieobecności ojca mogłam nabrać nowych sił.

W ciągu tych kilku dni udzielono nam chrztu. Duch mnie natchnął, abym w czasie chrztu nie prosiła o nic innego, tylko o dar wytrzymałości cielesnej.

Po kilku dniach wtrącono nas do najgłębszej części więzienia. Zrazu ogarnęło mnie przerażenie, ponieważ nigdy dotąd nie doświadczyłam takich ciemności. Co to był za okropny czas! Gorąco panowało nie do zniesienia wskutek wielkiej ciżby uwięzionych ludzi, żołnierze groźbami wymuszali od nas pieniądze. Dręczył mnie ponadto niepokój o moje dziecko.

Wtedy to dwaj    zacni    diakoni   Tercjusz i  Pomponiusz,   którzy   opiekowali   się   nami, przekupiwszy   strażników    uzyskali   dla   nas kilkugodzinny pobyt w lepszej części więzienia, gdzie mogliśmy odnowić swoje siły. Tak więc wszyscy opuściliśmy lochy i każdy z nas zajął się swoimi sprawami. Ja karmiłam piersią  wyczerpane już głodem dziecko; pełna troski o nie rozmawiałam z matką, dodawałam otuchy bratu i polecałam synka ich opiece.   Smuciłam się widząc,  jak cierpią  oni z mojego powodu. Te zgryzoty gnębiły mnie przez wiele dni. Wreszcie udało mi się uzyskać zezwolenie na to, by dziecko mogło pozostawać wraz ze mną w więzieniu. I natychmiast też odzyskałam siły uwolniona od niepokoju i troski o dziecko, a więzienie nagle stało się dla mnie pałacem, tak że tylko tu chciałam przebywać, a nie gdzie indziej.

 

4. Wtedy brat mój zwrócił się do mnie: „Pani Siostro, ty posiadasz już wielką łaskę u Pana, że możesz poprosić Go, aby przez widzenie wyjawił ci co nas czeka: męczeństwo czy uwolnienie".

Ponieważ było mi już dane rozmawiać z Panem, od którego doznałam tak wielu dobrodziejstw, z ufnością obiecałam bratu i powiedziałam: „Jutro ci wyjawię". Zaniosłam zatem swoje prośby i oto, co mi się objawiło:

Ujrzałam ogromną spiżową drabinę przedziwnej wielkości, sięgającą aż do nieba, ale tak wąską, że jedynie pojedynczo można się było po niej wspinać. Po bokach drabiny były umocowane wszelkiego rodzaju żelazne narzędzia. Znajdowały się tam miecze, dzidy, haki, noże, oszczepy. Jeżeli więc ktoś by wspinał się po niej nieostrożnie lub nie patrząc do góry, rozdarłby się o nie, a strzępki jego ciała pozostawałyby na ostrzach tych narzędzi.

U stóp drabiny leżał ogromny smok, który czyhał na wspinających się i odstraszał ich, aby po niej nie wstępowali.

Jako pierwszy począł się wspinać Satur, który dobrowolnie wydał się za nas później — bo on to właśnie był naszym budowniczym [duchowym] — ale wtedy gdy nas ujęto, nie był obecny. A gdy dotarł już do szczytu drabiny, odwrócił się do mnie i zawołał: „Perpetuo, czekam na ciebie. Uważaj tylko, żeby cię ten smok nie ugryzł". „Nie zrobi mi krzywdy — odpowiedziałam mu — w imię Jezusa Chrystusa". I rzeczywiście. Smok, jakby się mnie bojąc, uniósł tylko lekko łeb spod drabiny. Ja przydeptałam mu ten łeb i stąpnęłam po nim, tak jakby to był pierwszy szczebel drabiny, i wspięłam się na górę. Ujrzałam tam ogród rozciągający się na niezmierzonym obszarze, pośrodku którego siedział wysoki siwy człowiek, w pasterskim ubraniu i doił owce. Wokół niego stały tysięczne tłumy odziane na biało. Człowiek ten podniósł głowę, spojrzał na mnie i powiedział: „Dobrze, że przyszłaś, dziecko". Przywołał mnie do siebie i dał mi kęs sera z tego, co udoił. Przyjęłam go w złożone ręce i spożyłam. Wszyscy zaś, którzy tam stali, powiedzieli: „Amen". Na dźwięk tego słowa ocknęłam się i poczułam, że mam jeszcze w ustach coś słodkiego. Natychmiast opowiedziałam o tym bratu i zrozumieliśmy, że męczeństwo jest już bliskie i porzuciliśmy wszelką nadzieję na życie ziemskie.

5. Po kilku dniach rozeszła się pogłoska, że będziemy przesłuchiwani. Przyszedł też z miasta i mój ojciec, sterany zgryzotą. Podszedł do mnie i pragnąc mnie odwieść, powiedział:

„Córko, miej litość dla mojej siwizny; ulituj się nad ojcem, jeżeli jestem godzien, byś mnie ojcem nazywała. Bo jeśli moje ręce ciebie wypiastowały i doprowadziły do kwiatu wieku w jakim się znajdujesz, jeśli ukochałem ciebie bardziej niźli braci twoich, to nie skazuj mnie na hańbę wśród ludzi. Pomyśl o   swoich  braciach,   pomyśl   o   swojej    matce i ciotce, pomyśl o swoim dziecku, które nie będzie mogło żyć po twojej  śmierci. Porzuć swoje postanowienie, abyś nas wszystkich nie zgubiła.   Bo jeżeli  cokolwiek się tobie przydarzy,  to  nikt z  nas   nie  ośmieli  się  nawet swobodnie rozmawiać".

W ten sposób mówił z miłości do mnie — jak ojciec. Całował też moje ręce, rzucał mi się do nóg i pośród łez nie nazywał mnie już swą córką, lecz panią. Mnie także było ogromnie go żal, bo tylko on jeden z całej rodziny nie mógł się cieszyć z mojego męczeństwa. Pocieszałam go mówiąc: „W sądzie stanie się to, co Bóg da, bo wiedz, że my nie należymy do siebie, ale do Boga". Ojciec odszedł jednak zasmucony.

 

6. Pewnego dnia, podczas spożywania obiadu, porwano nas nagle na przesłuchanie. Przyszliśmy na rynek. Wieść o tym rozeszła się lotem błyskawicy po sąsiednich dzielnicach i powstało ogromne zbiegowisko. Weszliśmy na podwyższenie. Wszyscy inni przesłuchiwani złożyli wyznanie. Przyszła kolej na mnie. Wtedy pojawił się mój ojciec niosąc na ręku mego synka. Ściągnął mnie ze stopni trybuny i powiedział: „Złóż ofiarę bogom! Zlituj się nad swoim dzieckiem!".

A prokurator Hilarian, który wówczas pełnił władzę sądowniczą po zmarłym prokon-sulu Minucjuszu Tyminianłe, powiedział: „Miej wzgląd na siwą głowę ojca, miej wzgląd na maleńkiego synka i złóż ofiarę na pomyślność cesarzy". Lecz ja odpowiedziałam: „Nie złożę". Hilarian spytał: „Jesteś chrześcijanką?" Odrzekłam: „Jestem chrześcijanką". A kiedy stojący w pobliżu ojciec starał się mnie odwieść, Hilarian kazał go wyrzucić i wymierzyć mu chłostę. Cierpiałam z powodu tego, co wydarzyło się ojcu, jak bym to ja sama otrzymała te razy; tak bardzo współczułam jego nieszczęśliwej starości.

Hilarian wydał na nas wyrok, skazujący wszystkich na śmierć od zwierząt. Radośni wróciliśmy do więzienia. Natychmiast też posłałam diakona Pomponiusza z prośbą do ojca, ażeby zwrócił mi dziecko, ponieważ przyzwyczaiło się już ono do karmienia moją piersią i do pobytu ze mną w więzieniu. Ale ojciec nie chciał go dać. Bóg zaś w swej łaskawości sprawił, że ani dziecko nie potrzebowało już więcej mojej piersi, ani one nie płonęły gorączką, tak że nie dręczyła mnie ani troska o dziecko, ani ból piersi.

 

7. W kilka dni później, gdy wszyscy się modliliśmy, nagle, w środku modlitwy, mimowolnie wymówiłam imię Dinokratesa. Zdumiałam się, bowiem nigdy dotąd o nim nawet nie pomyślałam. Przypomniałam sobie teraz jego smutną dolę i ogarnął mnie ból. Natychmiast też zrozumiałam, że przypadł mi przywilej i obowiązek modlenia się za niego. Tak więc poczęłam się żarliwie modlić w jego intencji i wzdychać do Pana. Tejże samej nocy miałam takie widzenie:

Ujrzałam Dinokratesa, jak wychodził z jakiegoś ciemnego miejsca, gdzie znajdowało się też mnóstwo innych ludzi. Był bardzo rozpalony i spragniony, blady i zaniedbany. Na twarzy jego widniała rana, którą miał w momencie śmierci.

Dinokrates był moim rodzonym bratem. Zmarł w wieku siedmiu lat bardzo cierpiąc z powodu raka twarzy, tak że jego śmierć budziła grozę u wszystkich ludzi.

Za niego zatem się modliłam. Dzieliła nas jednak ogromna otchłań i ani ja do niego, ani on do mnie nie mogliśmy się przedostać". W miejscu gdzie znajdował się Dinokrates, był basen pełen wody, jego brzegi były jednak wyższe niż wzrost chłopca. Dinokrates wspinał się na palce, jakby chciał się napić. Żal mi było brata, bo choć zbiornik był wypełniony wodą, on jednak, z powodu wysokiego brzegu, nie mógł ugasić pragnienia.

Wtedy oprzytomniałam i uświadomiłam sobie, że brat mój cierpi. Byłam jednak przeświadczona o tym, że mogę mu ulżyć w jego cierpieniach. Modliłam się zatem za niego przez wszystkie dni, dopóki nie przeniesiono nas do więzienia wojskowego. Mieliśmy bowiem zostać wydani dzikim zwierzętom w czasie igrzysk wojskowych z okazji urodzin Cezara Gety. Tak więc dniem i nocą modliłam się wśród łez i jęku za niego, aby został mi darowany.

 

8.  W dniu, kiedy byliśmy rozciągnięci w dybach, miałam taką wizję:

Widzę to samo miejsce, które widziałam poprzednio, ale Dinokrates był już czysty, dobrze odziany i odświeżony. Gdzie była rana, widzę bliznę. Zaś brzegi zbiornika, które widziałam wcześniej, obniżyły się i sięgały chłopcu ledwie do pępka, a on bez przerwy czerpał z niego wodę. Na brzegu stała złota czara pełna wody. Dinokrates podszedł do niej i począł pić, zaś wody z niej wcale nie ubywało. Kiedy już całkowicie ugasił pragnienie odszedł od wody i jak dziecko zaczął bawić się radośnie.

Wtedy ocknąłem się i zrozumiałam, że został on już uwolniony od kary.

 

9.  Jeszcze kilka dni później podoficer Pudens, przełożony straży   więziennej, zaczął nam okazywać wielkie poważanie zrozumiawszy, że jest w nas wielka moc. Dopuszczał tedy do nas wielu, tak że mogliśmy się wzajemnie podnosić na duchu.

Gdy dzień igrzysk był już bliski, znowu przyszedł do mnie mój ojciec. Nieprzytomny z bólu zaczął wyrywać sobie włosy z brody, rzucał się na ziemię, upadał na twarz, przeklinał swą starość i mówił takie słowa, które wzruszyłyby wszelkie stworzenie. Ja też odczuwałam współczucie dla jego nieszczęśliwej starości.

 

10.  W przeddzień naszej walki ze zwierzętami mam taką wizję:

Oto pod drzwi naszego więzienia przyszedł diakon Pomponiusz i gwałtownie się dobijał. Wyszłam do niego i otworzyłam mu. Odziany był on w białą szatę, bez paska, i obuty w ozdobne trzewiki. Powiedział do mnie: „Perpetuo, chodź, czekamy na ciebie". Chwycił mnie za rękę i zaczęliśmy iść przez dzikie i poszarpane okolice. Dysząc doszliśmy do amfiteatru. Pomponiusz wprowadził mnie na środek areny i powiedział: „Nie bój się! Ja jestem tutaj przy tobie i będę ciebie wspomagał".

I odszedł. Spostrzegłam ogromny i zdumiony tłum. A ponieważ wiedziałam, że jestem skazana na pożarcie dzikim zwierzętom, dziwiłam się, że ich nie wypuszczano na mnie. Do walki ze mną wyszedł natomiast pewien Egipcjanin, o odrażającym wyglądzie, w otoczeniu swoich pomocników. Ale i do mnie podeszli wnet piękni młodzieńcy -- moi pomocnicy i sprzymierzeńcy. Zdjęto ze mnie odzienie i stałam się mężczyzną. Moi opiekunowie poczęli nacierać mnie oliwą, jak to zwykli czynić zapaśnicy przed walką, gdy tymczasem Egipcjanin, mój przeciwnik, tarzał się w kurzu. Następnie pojawił się jakiś ogromny mężczyzna, który swym wzrostem sięgał ponad amfiteatr. Odziany był w luźną purpurową szatę z dwoma pasami biegnącymi przez środek piersi. Na nogach miał ozdobne sandały, wykonane ze srebra i złota. W ręku niósł laskę jakby był trenerem 7) oraz zieloną gałąź, na której były złote jabłka. Poprosił o ciszę i powiedział: „Jeżeli ten oto Egipcjanin pokona tę kobietę, zabije ją mieczem; jeżeli zaś ona go zwycięży otrzyma tę gałąź".                                                           ,

I odszedł. My natomiast podeszliśmy do siebie i rozpoczęliśmy walkę na pięści. Mój przeciwnik usiłował pochwycić mnie za nogi, ja natomiast biłam go butami po twarzy. Nagle uniosłam się w powietrzu i zaczęłam tak go okładać, jak bym nie stąpała po ziemi. A kiedy spostrzegłam nadarzającą się okazję, złączyłam ręce splótłszy ze sobą palce i chwyciłam go za głowę. Wtedy on upadł na twarz, zaś ja podeptałam mu głowę. Lud zaczął wznosić okrzyki, a moi pomocnicy poczęli śpiewać psalmy. Podeszłam wtedy do trenera i otrzymałam gałąź. On ucałował mnie i powiedział: „Córko, pokój z tobą". Ruszyłam więc tryumfalnie ku Bramie Życia 8). I w tym momencie ocknęłam się. Uświadomiłam też sobie, że będę walczyła nie z dzikimi zwierzętami, ale z szatanem, lecz wiedziałam jednak, że odniosę zwycięstwo.

Tyle o moich przeżyciach do dnia poprzedzającego igrzyska. Przebieg zaś samej walki, o ile ktoś by zechciał, niech opisze.

 

11. Błogosławiony Satur obwieścił o swoim widzeniu, które też własnoręcznie opisał:

Zmarliśmy   —  powiada  —   i   opuściliśmy swoje ciała. Wtedy to czterej aniołowie, nie dotykając nas rękoma, zaczęli nas nieść na wschód. Lecieliśmy jednak nie leżąc na wznak zwróceni ku górze, ale wznosiliśmy się jakby po jakimś łagodnym stoku. Kiedy zaś wydostaliśmy się już poza pierwszy krąg świata, ujrzeliśmy niezmierną światłość. Powiedziałem wówczas do Perpetuy, która znajdowała się obok mnie: „Oto jest to, co Pan nam obiecywał. Otrzymaliśmy to, co obiecał". Ale owi czterej aniołowie nieśli nas dalej, aż otworzyła się przed nami ogromna przestrzeń; był to jakby ogród, w którym rosły krzewy różane i wszelakiego rodzaju kwiaty. Krzewy były wysokie jak cyprysy i nieustannie spadały z nich płatki. W ogrodzie znajdowali się inni czterej aniołowie, bardziej jaśniejący od innych. Skoro tylko ujrzeli nas, oddali nam cześć i zawołali w zachwycie do pozostałych aniołów: „Oto są! Oto są!" A zadrżeli czterej aniołowie, którzy nas nieśli i złożyli nas. Dalej już sami poszliśmy rozległą aleją w stronę otwartej przestrzeni, gdzie spotkaliśmy Jokunda, Saturni-na i Artaksjusza, którzy w tym samym prześladowaniu zostali spaleni żywcem, oraz Kwintusa, który jako męczennik umarł w więzieniu. Zapytaliśmy ich, gdzie byli. Inni aniołowie powiedzieli do nas: „Najpierw chodźcie, wejdźcie i pozdrówcie Pana".

 

12. I zbliżyliśmy się do miejsca, które miało ściany zbudowane jakby ze światła. U bramy wiodącej do środka stali czterej aniołowie, którzy wchodzących ubierali w białe szaty. My weszliśmy również i usłyszeliśmy chóralny głos wołający bez przerwy: „Święty, święty, święty". Ujrzeliśmy tam siedzącego po środku jakby siwego człowieka; miał on wprawdzie włosy śnieżnobiałe, ale oblicze młodzieńcze. Jego nóg nie mogliśmy dojrzeć. Po jego prawej i lewej stronie znajdowało się czterech starców, a z tyłu za nimi stało jeszcze bardzo wielu sędziwych ludzi. Weszliśmy i w pełni zachwytu stanęliśmy przed tronem. Czterech aniołów uniosło nas i pocałowaliśmy owego sędziwego człowieka, on zaś dotknął naszych twarzy ręką. Starcy powiedzieli do nas: „Zatrzymajcie się". Stanęliśmy i przekazaliśmy pocałunek pokoju. Następnie starcy rzekli do nas: „Idźcie i weselcie się".

Powiedziałem wówczas do Perpetuy: „Oto osiągnęłaś to, czego pragnęłaś". A ona mi odrzekła: „Bogu niech będą dzięki za to, że już w swym ciele byłam szczęśliwa, zaś teraz stałam się jeszcze szczęśliwsza".

 

13. Wyszliśmy stamtąd i przy drzwiach spotkaliśmy: po prawej stronie biskupa Optata, a po lewej kapłana naszego i nauczyciela Aspazjusza; stali osobno i byli smutni. Gdy nas zobaczyli, rzucili się nam do nóg i zawołali: „Wprowadźcie pokój między nami, ponieważ odeszliście od nas i pozostawiliście nas samych". My odpowiedzieliśmy im: „Czyż ty nie jesteś naszym biskupem, a czy ty nie jesteś naszym kapłanem? Jak więc możecie padać nam do nóg?" Byliśmy bardzo wzruszeni i uściskaliśmy ich. Perpetua zaczęła z nimi rozmawiać pu grecku i oddaliliśmy się w głąb do ogrodu, pod krzew różany. Gdy rozmawialiśmy, aniołowie powiedzieli do nich: „Pozwólcie im odpocząć. A jeżeli zaistniały między wami jakieś spory, to odpuśćcie sobie nawzajem". Słowa te bardzo ich zmieszały. Następnie aniołowie zwrócili się do Optata: „Upomnij powierzony ci lud, bo gromadząc się u ciebie zachowują się jak ci, którzy wracając z cyrku kłócą się na temat stronnictw". I wydało nam się, że jakby chcieli zamknąć bramy. Rozpoznaliśmy tam wielu naszych braci oraz męczenników. Wszystkich nas ożywiała i syciła jakaś niewysłowiona woń. W tym momencie obudziłem się pełen radości.

 

14.  To  były najważniejsze wizje błogosławionych męczenników Satura i Perpetui, opisane przez nich samych. Co do Sekundulusa, to Bóg powołał go do siebie z tego świata wcześniej,  jeszcze gdy był on w więzieniu, oszczędzając mu  w swej  łaskawości śmierci od dzikich zwierząt. Ale jeśli nie jego dusza, to jego ciało z pewnością odczuło cios miecza.

Felicyta  także   doznała  łaski  Bożej,   która objawiła się wobec niej następująco:

 

15.  Otóż aresztowano ją, gdy już spodziewała się dziecka i była w ósmym miesiącu ciąży  (aresztowano  ją  bowiem  brzemienną). Dzień, w którym miało się odbyć widowisko, był już  bliski i  Felicyta przeżywała wielką obawę, że jej męczeństwo może zostać odroczone właśnie z powodu brzemienności; prawo bowiem zabraniało wykonywania egzekucji na kobietach ciężarnych. Obawiała się też, że. może przelać swą nieskalaną i niewinną krew później, .razem z jakimiś pospolitymi zbrodniarzami. Jej współtowarzysze w męczeństwie także byli bardzo tym zasmuceni; obawiali się, że ona, taka dobra przyjaciółka i towarzyszka, może pozostać w tyle, sama jedna wędrująca drogą ku tej samej nadziei. Na dwa dni przed igrzyskami wszyscy jednomyślnie połączyli się we wspólnej błagalnej modlitwie do Pana. Natychmiast po jej ukończeniu Felicyta zaczęła odczuwać bóle porodowe. A ponieważ był to poród przedwczesny, w ósmym miesiącu, a więc z natury rzeczy był bardzo ciężki, jeden ze strażników powiedział: „Jeżeli teraz tak cierpisz, to co zrobisz, kiedy będziesz rzucona zwierzętom, które zlekceważyłaś, kiedy odmówiłaś złożenia ofiary". Ona odrzekła: „Teraz ja cierpię to, co cierpię; tam zaś będzie we mnie cierpiał ktoś inny za mnie, ponieważ i ja będę cierpiała za niego". I urodziła dziewczynkę, którą jedna z sióstr wychowała jak własną córkę.

 

 

Dzień męczeństwa

 

16. Skoro Duch Święty dopuścił, a dopuszczając pragnął, ażeby zostało utrwalone na piśmie i to, co działo się w czasie igrzysk. Tak więc chociaż nie czuję się godny uzupełnienia powyższego opisu tych tak bardzo chwalebnych wydarzeń, to jednak czyniąc to wypełniam niejako życzenie, lub raczej testament samej przeświętej Perpetuy, dorzucając dokument niezłomności i szlachetności jej ducha.

Kiedy trybun wojskowy, zaostrzył wobec nich rygory więzienne, ulegając donosom bardzo niemądrych ludzi, że skazańcy przez jakieś magiczne zaklęcia mogą wydostać się z więzienia, Perpetua odpowiedziała mu wprost: „Dlaczego nie pozwalasz korzystać z wytchnienia nam, najznamienitszym, bo cesarskim więźniom, którzy mamy walczyć w dniu jego urodzin? Czyż nie tobie przypisze się zasługę, gdy pojawimy się na arenie w dobrej kondycji?" Oficer zrazu zatrząsł się i zaczerwienił. Następnie polecił traktować ich bardziej po ludzku; zezwolił też jej braciom i innym osobom na odwiedziny i spożywanie posiłków; sam bowiem nadzorca był wierzącym.

 

17.  W przeddzień [męczeństwa], kiedy spożywali swój ostatni posiłek, zwany powszechnie „ucztą wolną", jedli go jednak nie jako taką   ucztę,  ale  ucztę  miłości   [agapę]    zgromadzonej publiczności odpowiadali z właściwą  sobie  nieugiętością,   ostrzegali  ich  przed sądem Bożym,   okazywali radość    z powodu męczeństwa oraz ośmieszali ciekawość zgromadzonych gapiów. Satur odezwał się:  „Czy dzień jutrzejszy wam nie wystarczy? Dlaczego chciwie przyglądacie się nam, których nienawidzicie? Dziś przyjaciele, jutro wrogowie! Zapamiętajcie sobie jednak dobrze nasze twarze,   abyście  mogli    nas  poznać   w  tamtym dniu". I wszyscy opuszczali więzienie w osłupieniu, zaś wielu z nich uwierzyło.

 

18.  Wreszcie   zajaśniał  dzień  ich   zwycięstwa.   Radośnie   udawali   się    z  więzienia   do amfiteatru, jakby szli do nieba. Oblicza mieli uroczyste, a jeśli przypadkiem ktoś zadrżał, to z radości, a nie ze strachu. Perpetua kroczyła dostojnie z twarzą rozjaśnioną, jak matrona Chrystusowa, jak wybranka Boga; blaskiem oczu zmuszająca wszystkich do opuszczenia wzroku. Wraz z nią szła Felicyta, uradowana, że dzięki szczęśliwemu porodowi podejmuje walkę z dzikimi zwierzętami; od krwi do krwi, od położnicy do gladiatora, zostanie obmyta po porodzie przez drugi chrzest.

Kiedy dotarli do bramy amfiteatru, zmuszano mężczyzn do przebierania się w stroje kapłanów Saturna, kobiety zaś za kapłanki Cerery. Ale szlachetna Perpetua, niezłomna aż do samego końca, sprzeciwiła się temu stanowczo i powiedziała: „Przyszliśmy tutaj dobrowolnie nie po to, żeby teraz nasza wolność miała być pogwałcona. Nie po to poświęciliśmy nasze życie, ażeby teraz robić to, do czego nas zmuszacie. Taki przecież zawarliśmy z wami układ".

I niesprawiedliwość uznała sprawiedliwość. Trybun zezwolił, ażeby wprowadzono ich na arenę tak, jak przyszli. Perpetua zaczęła śpiewać psalm, depcząc już głowę Egipcjanina. Rewokat, Saturnin i Satur poczęli grozić tłumowi widzów. A gdy znaleźli się wobec Hi-lariana, ruchami i gestami zaczęli mówić: „Ty nas, ale Bóg ciebie!" Rozwścieczony tym tłum zażądał dla nich kary chłosty przez przeprowadzenie ich przed rzędem gladiatorów. Oni zaś cieszyli się, że przynajmniej coś mogli doznać z męki Chrystusa.

 

19.  Ten zaś, który powiedział:   „Proście, a  otrzymacie" 9),  każdemu   zesłał  taki  rodzaj śmierci, jakiego sam pragnął.

Ilekroć bowiem wcześniej rozmawiali między sobą o pragnieniu męczeństwa, Saturnin wyznał, że on chciałby być rzucony wszystkim zwierzętom naraz, ażeby przez to osiągnąć chwalebnie j szy wieniec męczeństwa. Tak więc w ciągu widowiska wystawiono go wraz z Rewokatem najpierw na ataki lamparta, a później przywiązani na pomoście 10) napastowani byli przez niedźwiedzia.

Satur najbardziej ze wszystkich zwierząt bał się niedźwiedzia i żywił nadzieję, że umrze zaraz po pierwszym ataku lamparta. Zdecydowano jednak wystawić go na pastwę dzikowi. Ale w chwili, kiedy gladiator przywiązywał Satura do pala, odyniec runął na niego raniąc go śmiertelnie, tak iż ten wkrótce po igrzyskach zmarł, zaś dzik jedynie poturbował męczennika. Natomiast, gdy przywiązano go już później na estradzie dla niedźwiedzia, ten nie chciał wyjść ze swojej klatki. Tak więc dwukrotnie wyprowadzano go bez obrażeń.

 

20.  Dla   młodych   kobiet    diabeł   natomiast przygotował wyjątkowo wściekłą krowę. Było   to   zwierzę   nie   używane    zazwyczaj   do igrzysk, ale chodziło o to, żeby płeć zwierzęcia zgadzała się z płcią maltretowanych niewiast. Tak więc rozebrano je i wyprowadzono omotane w sieci. Tłum zadrżał na widok dwu młodych kobiet: jednej wyjątkowo delikatnej, drugiej niedawno po porodzie, z piersiami ociekającymi mlekiem. Odwołano je więc i przyodziano w luźne tuniki.

Krowa runęła najpierw na Perpetuę i powaliła ją na plecy. Ona jednak natychmiast usiadła i zobaczywszy rozdartą tunikę, odsłaniającą jej bok, poczęła ją obciągać, bacząc bardziej na skromność, niż na ból. Następnie odszukała spinkę i upięła rozsypane włosy; nie wypadało bowiem, aby męczenniczka cierpiała z rozpuszczonymi włosami; wyglądałoby, że rozpacza w chwili triumfu. Podniosła się i ujrzała na ziemi stratowaną Felicytę; podbiegła do niej, podała jej rękę i podniosła ją. I tak stojąc obok siebie, przezwyciężyły zatwardziałość widzów. Odwołano je do Bramy Sanawiwaryjskiej. Tam nad Perpetuą roztoczył opiekę pewien Rustyk, jeszcze wówczas katechumen, który był jej szczególnym powiernikiem. Ona przebudziła się jakby ze snu (tak bowiem była pogrążona w ekstazie i w Duchu) i zaczęła rozglądać się dookoła. Ku zdumieniu wszystkich rzekła: „Kiedyż to wreszcie wydadzą nas na pastwę tej jakiejś tam krowy?" Słysząc, że to już miało miejsce, nie mogła uwierzyć, dopóki nie obejrzała odniesionych obrażeń na swym ciele oraz śladów zniszczenia na odzieniu. Następnie przywołała do siebie swego brata oraz do nich: „Trwajcie w wierze 11), kochajcie się wzajemnie i nie przerażajcie się cierpieniami, jakie my tu znosimy".

 

21. Przy innej bramie Satur zagrzewał żołnierza Pudensa, mówiąc: „Stało się dokładnie tak, jak przeczuwałem i przepowiedziałem. Żadne zwierzę do tej pory nie uczyniło mi krzywdy. A zatem uwierz teraz z całego serca! Oto wychodzę tam i zginę od pierwszego ataku lamparta". Zaraz też, bo kończyły się już igrzyska, rzucono go lampartowi, który od razu zatopił w nim kły i skąpał go całego we krwi. A kiedy go wynoszono, lud, na świadectwo jego drugiego chrztu wołał: „Zbawcza kąpiel! Zbawcza kąpiel!"12) Bo zaiste był zbawiony ten, kto tak został obmyty. Wtedy powiedział też Satur do żołnierza Pudensa: „Żegnaj i nie zapominaj o wierze i o mnie. To zaś niechaj cię nie przeraża, ale umacnia". Poprosił też o pierścień z jego palca i umoczył go w swojej ranie, i zwrócił mu dziedzictwo, pozostawiając gwarancję swej wiary i pamiątkę przelania krwi. Zaraz też nieprzytomnego rzucono go wraz z innymi na miejsce, gdzie zawsze dobijano ofiary igrzysk.

Lud, pragnąc jednak jeszcze nasycić swój wzrok widokiem morderczego miecza przeszywającego ich ciała, zażądał, aby odbywało się to na widoku. Tak więc chrześcijanie podnieśli się i o własnych siłach przeszli tam, dokąd żądał lud. Wcześniej jeszcze ucałowali się nawzajem, aby tym uroczystym pocałunkiem pokoju przypieczętować swoje męczeństwo.

Ciosy miecza przyjęli wszyscy bez poruszenia się czy jęku. Szczególnie Satur, który pierwszy wszedł [na drabinę] oddał pierwszy ducha i oczekiwał na Perpetuę. Miała jednak Perpetua jeszcze zakosztować bólu. Ugodzona mieczem w kość jęknęła i drżącą rękę niewprawnego jeszcze gladiatora sama podprowadziła sobie do gardła. Ta wielka kobieta, której bały się moce nieczyste, zapewne nie mogłaby zginąć, gdyby sama tego nie pragnęła.

O, najdzielniejsi i najbardziej błogosławieni męczennicy! Słusznie zostaliście powołani i wybrani do chwały Pana naszego Jezusa Chrystusa. Każdy, kto uwielbia, poważa i czci Jego chwałę, powinien przeczytać o tych heroicznych czynach dla zbudowania Kościoła, nie mniejszych niż dawne przykłady.

Niechaj te nowe dowody męstwa będą świadectwem, że jeden i ten sam Duch Święty ciągle aż dotąd działa, jako i Bóg Ojciec wszechmogący i Syn Jego Jezus Chrystus, Pan nasz, którego cześć i niezmierzona potęga trwa na wieki wieków. Amen.

 

 


Tłum. A. Malinowski, ‘Męczennicy’ (Ojcowie żywi t. IX) wyd. Znak 1991 r.